Pierwsze słowa, jakie Sophie kiedykolwiek powiedziała do Sama, brzmiały: „Postawisz mi namiot?”. Jak sam przyznał, niestety nie była to metafora. I właśnie tak, zamiast ckliwego cytatu o miłości, zaczyna się ich film. A ja nie mógłbym sobie wymarzyć lepszego otwarcia. Często mówię, że w filmach ślubnych najważniejsi są ludzie. Nie idealnie dobrane kwiaty czy drogie dekoracje, ale autentyczne historie i emocje, które za nimi stoją. A co jest paliwem rakietowym dla dobrej historii? Oczywiście słowa.
Przysięgi i przemowy to dla mnie kopalnia złota. Mogą nadać filmowi fajnego charakteru. Kiedy słyszę, jak świadek z rozbrajającą szczerością opowiada o gigantycznym FOMO Sama (które zgrabnie przetłumaczył jako syndrom „chciwego drania” ). Albo historię oświadczyn Sophie i Sama, która zakończyła się wykrzykiem „fuck off, fuck off, fuck off” – wiem, że ten film będzie naprawdę o nich.
To właśnie te momenty tworzą narrację, której nie da się podrobić. To esencja personalizacji – nie pytam, co chcecie zobaczyć w filmie ślubnym, ale staram się zrozumieć, kim jesteście. A potem ubrać to w kadry.
Cała ta niezwykła historia wydarzyła się w malowniczym Llantilio House w Wielkiej Brytanii, gdzie Sophie i Sam powiedzieli sobie „tak” podczas ceremonii w plenerze. Towarzyszyły im nie tylko salwy śmiechu, ale i dwa ukochane psy, co jest najlepszym dowodem na to, że w tym dniu najważniejsze jest, by otaczać się tymi, których się kocha (a najbliższej rodziny przecież się nie pomija!).
Ten film to dowód na to, że najlepsze scenariusze pisze życie. Czasem zaczynają się od prośby o pomoc przy namiocie, a kończą na historii, która wzrusza i bawi do łez. I właśnie takie filmy kocham tworzyć.